Mistrzowskie „Kłamstewka” pojawiły się wczoraj na scenie Jesiennego Festiwalu Teatralnego. Sztukę amerykańskiego autora Joe DiPietro wziął na warsztat Paweł Wawrzecki – to jego debiut reżyserski – oczywiście z trupą Teatru Kwadrat, która na sądeckim festiwalu osiągnęła właśnie pełnoletność.


Kurtyna!

Zaczęło się od męskiej rozmowy. Billy (Paweł Małaszyński) po partyjce tenisa zwierza się ojcu, że ma kochankę. „Dzięki niej odkrywam kim naprawdę jestem” – opowiada rozemocjonowany o trenerce klubu fitness. Zastanawia się nad porzuceniem rodziny: żony Jane (Kasia Glinka) i trzymiesięcznej córeczki Emily. William (Paweł Wawrzecki) jest zszokowany wyznaniem syna, ale obiecuje dochować tajemnicy. To okazuje się być nie lada sztuką, „twoja matka ma dar wyłuskiwania informacji”- wieszczy z obawą. Przebiegła Alice (Ewa Kasprzyk) czuje, że coś się święci. Zaprasza młodych na sernik, by pogadać „ot tym, o tamtym”. Miłe rodzinne spotkanie, festiwal uścisków i uprzejmości, po chwili przeradza się w słowną jatkę. Wszystkim puszczają emocje. Gdy wydaje się, że młodzi wykrzyczeli o jedno słowo za dużo, a Bill zaraz trzaśnie drzwiami i wyjedzie na Hawaje z ponętną trenerką, w epicentrum wydarzeń wkracza Alice. Historia, którą wyjawi (a może raczej wymyśli?) wywróci przekonania wszystkich uczestników podwieczorku do góry nogami. Czy sekret z przeszłości może jeszcze odmienić bieg wydarzeń? I gdzie jest granica między prawdą, a kreacją?

Na scenie błyszczy Wawrzecki i Kasprzyk. Intrygi, kłamstewka, gra półsłówek – wszystko to mistrzowsko odegrane przez parę aktorów – jest esencją sztuki DiPietro. Choć to niewątpliwie świetna farsa, co potwierdzały nieustanne salwy śmiechu na sali, pod warstwą komediową kryją się ważkie psychologiczne rozterki i dylematy. Pytania, które w głębi serca zadajemy sobie wszyscy: czym jest miłość? Słuchać głosu serca, czy rozsądku? Którą drogę wybrać? Co da nam szczęście?

.

Światła na Wawrzeckiego

Spektakl zakończyły owacje na stojąco. Krótko po tym w sali kameralnej widzowie mieli okazję spotkać się z Pawłem Wawrzeckim. Janusz Michalik, kierownik artystyczny Miejskiego Ośrodka Kultury, pytał aktora o karierę, życiowe wybory i ten pierwszy raz (na sądeckim festiwalu). – Od czasu, gdy przyjechaliście w 2000 roku ze spektaklem „O co biega? nie opuściliście, jako Teatr Kwadrat, ani jednej edycji – podkreślał gospodarz. W ciągu osiemnastu jesiennych wieczorów widzowie mieli okazję zobaczyć m.in.: „Ośle Lata”, „Okno na Parlament”, „Mój Przyjaciel Harvey”, czy spektakl „ To tylko sztuka”. Paweł Wawrzecki opowiadał wczoraj o swojej drodze artystycznej. – To było trochę pracy, szczęścia i spotkania odpowiednich ludzi – stwierdził. Wszystko zaczęło się od roli Dziadka Mroza, w szkolnym przedstawieniu. Pasję aktorską kontynuował w Technikum Hydrologiczno-Metorologicznym. – W tej właśnie szkole założyłem teatr i przygotowałem swój pierwszy spektakl. Mieliśmy wyznaczoną datę premiery i z tej premiery koledzy się wycofali: jeden nie chciał, drugi nie umiał. No więc zrobiłem monodram – opowiadał Wawrzecki. Do szkoły teatralnej dostał się za drugim razem. – Ale proszę pamiętać, że Jan Kobuszewski zdawał dwukrotnie, a Janusz Gajos aż cztery razy – uśmiechał się artysta. Prace zawodową rozpoczął na IV roku studiów, wtedy dostał pierwszy angaż w teatrze. – Przyjście takiego zucha jak ja do garderoby w której siedzieli wielcy aktorzy, między innymi: Łapicki, Łomnicki, Mrożewski to było ogromne przeżycie. Siedziałem w tej garderobie ciemny, jak tabaka w rogu – wspominał. Z „Teatrem Kwadrat” jest związany nieprzerwanie od 1979 roku.

Zawodowych utrapień raczej nie miałem. Teatr był moim azylem, gdy w życiu było ciężko. Urodziło mi się chore dziecko, zmarła mi żona. Gdy byłem 15-letnim chłopakiem mój ojciec został skazany na śmierć. To, że miałem inny świat w teatrze pozwoliło mi w ogóle przetrwać. Często ludzie pytają mnie: „jak to jest, że pan w ten sposób doświadczony potrafi nas bawić”? – mówił aktor.

Paweł Wawrzecki urodził się w 1950 roku. W 1975 roku ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Znakomity aktor teatralny. Przez dwadzieścia lat był związany z „Kabaretem Olgi Lipińskiej”, szerszej publiczności znany m.in. z seriali: „Matki, żony i kochanki, „Złotopolscy”, czy „Graczykowie”. – Dzisiaj już bardziej wybieram to, w czym chcę grać i w teatrze i w filmie. Nie biorę wszystkiego, co mi proponują. Odmawiam rozmaite role, bo na przykład niespecjalnie lubię leżeć o 5 rano w jakimś okopie –  żartował.

Relacja: Edyta Mikołajewicz

.

Fot. Jerzy Cebula

[POBIERZ ZDJĘCIA]

Fot. Andrzej Rams

[POBIERZ ZDJĘCIA]