20171008_klatka_dla_ptakow_17

„Klatka dla Ptaków”, czyli zderzenie światów

Co się wydarzy, gdy w ekscentryczny świat homoseksualnej rodziny wkroczą z wizytą konserwatyści? Spektakl o barwnych ptakach, strojeniu piórek i o tym, że czasem trzeba: „zagrać dżdżownicę, a czasem transwestytę”.

Grzegorz (Jarosław Gajewski), właściciel ekscentrycznego klubu nocnego i Albin (Tomasz Sapryk), Drag Queen, gwiazda sceny, kochana przez widownię, tworzą od 15 lat szczęśliwy związek. Wspólnie wychowali Jakuba, owoc pewnej przygody Grzegorza. Sielankę przerywa informacja, że młodzian się zaręczył z Magdą (Olga Kalicka) i zaprosił swoich przyszłych teściów (w tej roli Joanna Kurowska i Witold Dębicki). Błaga ojca, by na czas ich wizyty z domu zniknął Albin i frywolne fatałaszki.  Konserwatywna rodzina Krzyżopolskich, w którą zamierza się wżenić, nosi na sztandarach hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna, a przyszły teść planuje polityczną karierę. Świątynia rozpusty musi zamienić się w mieszczański salon. Znikają kolorowe pióra, cekinowe sukienki, krzesła w kształcie pośladków. Dla dobra syna Grzegorz i Albin przywdziewają czerń, ten drugi (odpowiednio ucharakteryzowany) wchodzi w rolę troskliwej mamy. Gdy rodziny zasiądą razem do stołu rozpocznie się festiwal pozorów i udawanej grzeczności. Niespodziewanie do drzwi puka Beata (Małgorzata Rudzka), biologiczna mama Jakuba. Z minuty na minutę prawda wydaje się coraz bliższa demaskacji. Czy zapowiada się burzliwe zderzenie światów? A może jednak zdarzy się cud i rodziny znajdą wspólny język? I tu niech opadnie kurtyna, przenieśmy się na finał spektaklu. Oto widzimy, jak konserwatywni Krzyżopolscy z ojcem rodziny na czele wdziewają cekinowe fatałaszki, rajstopy i peruki, przygotowane dla gwiazd nocnego klubu. Przebieranka sztywnych dotąd gości największego ponuraka przyprawi o ból brzucha (ze śmiechu, naturalnie). Wszystko to było farsą, próbą pewnego przedstawienia. Olga Kalicka zwraca się do widzów „Taki los aktora. Raz jesteś dżdżownicą, a raz transwestytą”. Tytułowe barwne ptaki to artyści, a klatką okazuje się być teatralna scena.

.

Tysiąc wcieleń Witolda

Spektakl „Klatka dla Ptaków”, czyli uznany tekst Jeana Poireta w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego, a w wykonaniu trupy z teatru Capitol, zamknął ósmy wieczór Jesiennego Festiwalu Teatralnego. W ramach cyklu „Rozmowy Kameralne” widzowie mieli okazję wysłuchać opowieści Witolda Dębickiego. Spotkanie poprowadził Janusz Michalik, kierownik artystyczny Miejskiego Ośrodka Kultury. – Na zakończenie spektaklu padało takie zdanie, że aktor raz jest dżdżownicą, a raz transwestytą. To metafora tego zawodu? – pytał. – Dżdżownicą jeszcze nie byłem, ale tak jest. Nie zawsze jest tak, że robimy dokładnie to, co chcielibyśmy robić– kwitował z uśmiechem artysta. Kapral pijący z manierki w okopie, Milicjant przed wystawą komisu, Kierowca żuka, Żołnierz AK, Doktor Paj Chi Wo, Bóg, Śmieciarz, Kolejarz – to tylko niektóre z setek wcielenia Dębickiego. Zdradził, że nie marzył zawodzie aktora. – Moja mama była aktorką teatru lalek. Bardzo dobrą i znaczącą w swoim środowisko. Dzięki niej mogłem się dowiedzieć, czym jest teatr. Z drugiej strony byłem pod ogromnym wpływem mojego ojca, który był inżynierem sanitarnym, zajmował się kanalizacją, ogrzewaniem, wodociągami itp. Właściwie to przygotowałem się do zdawania na Politechnikę – opowiadał.

Na politechnikę na szczęście się nie dostał. Na aktorstwo za drugim razem. – Dostałem się do szkoły na drugiej pozycji, na pierwszym miejscu był Daniel Olbrychski. Zapytałem wówczas dziekana, dlaczego nie dostałem się rok wcześniej, usłyszałem, że byłem za młody. To był zupełnie idiotyczny argument, którego do dziś nie rozumiem – opowiadał aktor. Co zaskakując zdradził, że studia wcale go nie zachwyciły. – Zawsze bardzo się krępowałem, wstydziłem – zdradził.

Dębicki urodził się w 1943 roku w Dubnie, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Znany z licznych ról filmowych i serialowych, m.in. w produkcjach: „07 zgłoś się”, „Ocalić miasto”, „Siedem życzeń”, „Pan Kleks w kosmosie”, „Ekstradycja”, „Lejdis”.

Zagrałem mnóstwo epizodycznych ról, oczywiście to pożyteczne, bo nabywałem warsztatu. Natomiast – być może nie powinien tego na głos mówić – nie wiem, czy miejscu tych licznych epizodycznych ról nie wolałabym zagrać trzech, istotnych ról, które nie tylko dają rozpoznawalność, ale ustawiają człowieka w pewnej hierarchii, bo taka hierarchia w tym środowisku oczywiście istnieje. A jedna rola, rodzi grupą – mówił Dębicki. Gość wieczoru podkreślał, że brakuje dziś ról dla aktorów starszego pokolenia.

– Filmy są robione przez młodych, o młodych i dla młodych. Teatr rządzi się trochę innymi prawami, ale film właśnie takimi. Widownia filmowa i telewizyjna jest głównie młoda, a młodzi chcą opowieści o swoim pokoleniu, co ich obchodzi jakiś 60-latek – stwierdził.

Janusz Michalik wspomniał o wielu wybitnych rolach teatralnych gościa, między innymi w Teatrze Nowym w Poznaniu. Witold Dębicki trafił tam ze stolicy na zastępstwo. – Przed wyjazdem dużo grałem w Warszawie. W Poznaniu to miał być epizod, pojechałem na dwa zastępstwa w bardzo ciekawych spektaklach, zostałem na wiele lat. Poznałem tam moją przyszłą żonę. To był bardzo dobry czas – podkreślał.

.

Fot. Andrzej Rams

.

Fot. Jerzy Cebula